Tato, piszę do Ciebie list...

Tato, piszę do Ciebie list. Nie pierwszy jaki czytasz i mam szczerą nadzieję, że nie ostatni.
Dawno temu, gdy byłam zagubioną i nieszczęśliwą nastolatką, spakowałam się by uciec gdzieś daleko, marząc o lepszym życiu. Wtedy też napisałam list. Nie potrafiłam zostawić cię bez pożegnań, bez wyjaśnienia. Zadbałam o to, byś przeczytał go nim odejdę, bo tak na prawdę, w głębi serca, pragnęłam byś mnie przy sobie zatrzymał. Zrobiłeś to.
Nie jesteś idealny. Nigdy nie byłeś. Ale to nie istotne, ponieważ ja także nie jestem ideałem.
Krzyczałeś. Ale teraz wiem, że za każdym razem robiłeś to z miłości. Miłości tak wielkiej, że nie zawsze byłeś w stanie sobie z nią poradzić. Ujarzmić ją.
Pamiętam twoje łzy w środku nocy, kiedy myślałeś, że tego nie widzę. Wiedziałam, że się obwiniasz, masz do siebie żal. Może słusznie, może nie. Dla mnie zawsze byłeś najlepszy.
Piszę te słowa dzięki tobie. To ty pokazałeś mi całą magię kryjącą się w słowach, ich wielką moc. Dzięki tobie słowa stały się moim schronieniem, które towarzyszy mi całe życie. Leczy, pozwala uciec. Pozwala nie zatracać siebie samej w codzienności. Pisałeś dla mnie wiersze. Ja płakałam. To one pokazały, że tak na prawdę mnie rozumiesz, choć często o tym nie mówisz.
Dałeś mi moją wrażliwość. Czasami nie wiem czy za to cie kocham czy nienawidzę. Jest ona moją siła, a także słabością. Przez to tak wiele razy byłam zraniona. Wiem, że tego nie chciałeś. W końcu jestem twoją małą córeczką.
Nie raz zapominasz, że jestem już duża. Traktujesz, jakbym nic nie wiedziała. Tak na prawdę wiesz, że to nie prawda, tylko czasami nie chcesz do siebie dopuścić tej myśli.
Nauczyłeś mnie myśleć. Logicznie, wyciągając własne wnioski, nie idąc z prądem. Nieszablonowo. Wydaje mi się, że czasem mnie za to nienawidzisz, ponieważ nie zawsze się z tobą zgadzam. Wiem, że ciężko ci na to patrzeć, więc uderzasz we mnie. Nie dlatego, żeby mnie zranić, po prostu nie potrafisz, lub nie chcesz się z tym pogodzić.
Czasem gdy było mi ciężko i płakałam, krzyczałeś lub udawałeś, że nie widzisz. Zawsze widziałeś. Po prostu moje cierpienie bolało cię jeszcze bardziej niż mnie samą. Mimo to, nigdy mnie nie zostawiłeś. Za każdym razem walczyłeś po mojej stronie z całym światem. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Wiem to nadal.
Mijają lata. Czasem ciężko jest porozmawiać, tak od serca. Kiedy? Od czego zacząć? Jak ująć w zdaniach coś, czego nie jest w stanie wyrazić żadne słowo? Coś, na co jeszcze żaden poeta nie znalazł defnicji? Nie musisz nic mówić. Patrzę w twoje oczy i wiem. Wierzę, że czujesz to samo. Łączy nas więź tak silna, że czasem mnie przeraża. Jesteśmy tak podobni, a jednocześnie tak różni. To często nam utrudnia sprawę. Raz nie potrafimy się dogadać, by za chwilę rozumieć się bez słów. Wystarczy spojrzenie.
Czytałam wszystko to co napisałeś. Tak jak ja, w ten sposób radzisz sobie z tym, czego nie potrafisz powiedzieć. Dzięki temu zobaczyłam jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Wiem, że nie muszę nic więcej pisać, ty i tak rozumiesz. Wiesz.
Chciałam ci więc dziś podziękować. Za każdy jeden raz gdy byłeś po mojej stronie. Za każda przeczytaną książkę. Każdy wspólny spacer, wyjazd, film. Za to, że mnie ukształtowałeś.
Kocham Cię.

Dlaczego zamierzam tak późno ''dać dziecku jeść''

Z racji tego, że Julka ostatnio skończyła 3 miesiące coraz częściej słyszę pytania odnośnie rozszerzania jej diety. Rodzina już namawia mnie do wprowadzania zupek i zbierania kaszek i słoiczków, do podawania po 4 miesiącu życia. W końcu jest na nich napisane, że nadają się dla dzieci w takim wieku, prawda? Jednak ja, uparcie i sumiennie powtarzam, że czekam do ukończenia przez Julcię 6 miesiąca, lub do czasu aż będzie na to gotowa. Wszyscy w okół łapią się za głowę, że przez tyle czasu nie chcę "dać dziecku jeść", że może byłoby to jakkolwiek zrozumiałe, gdybym karmiła piersią, ale skoro podaje mleko modyfikowane, to MUSZĘ zrobić to wcześniej... Pragnę więc dziś wyjaśnić, dlaczego postanowiłam zacząć rozszerzanie diety "tak późno".

W pierwszej kolejności chciałabym obalić to, że w ten sposób przez długi czas nie dam dziecku jeść. W końcu karmię je, tylko, że mlekiem. A to własnie mleko jest postawą wyżywienia niemowląt przez pierwszy ROK ich życia, a inne rzeczy są tylko dodatkiem: sposobem na poznanie nowych smaków, zabawą i przygotowaniem do 'normalnego' jedzenia w przyszłości. Więc daję dziecku jeść i to to, co jest postawą jego wyżywienia.

Po drugie układ pokarmowy oraz układ immunologiczny do około 6 miesiąca życia nie są jeszcze gotowe na posiłki inne niż mleczne. Nie są wystarczające rozwinięte, by trawić białka, tłuszcze i węglowodany w bardziej złożonej formie niż mleko. Ponadto wcześniej jelita dziecka są jeszcze niedojrzałe i nieszczelne: dopiero między 4 a 7 miesiącem  dostaje rozwojowy zryw wzrostu nazywany zamknięciem (nie oznacza to, że w 4 miesiącu jest już gotowa, a jedynie rozpoczyna proces przygotowawczy). Natomiast rozszerzanie diety przy niedojrzałym układzie immunologicznym może prowadzić do infekcji i alergii. Wiec niezależnie od tego, czy dziecko jest karmione mlekiem z piersi czy modyfikowanym, jego organizm nie jest wcześniej gotowy na przyjmowanie innych produktów.

Kolejna ważna kwestia jest to, że dziecko powinno już siedzieć: samodzielnie, lub stabilnie z podparciem, np. na kolanach rodzica. Zmniejsza to ryzyko zadławienia. Jest to ważne, ponieważ dziecko przyzwyczajone jest do jedzenia w pozycji leżącej, przytulone do mamy i często przy tym zasypia.

Wspomniałam wcześniej tez o "gotowości" dziecka do rozszerzania diety. Czym się ona objawia i jak rozpoznać, że nasz maluch staje się gotowy? Między innymi zanika u niego odruch wypychania wszystkiego językiem (dzieje się to między 4 a 6 miesiącem) i istnieje większa szansa, że to co włoży do buzi znajdzie się w przełyku, a nie zostanie wypchnięte. Można nawet powiedzieć, że natura podarowała to jako mechanizm obronny, choć niektóre mamy myl to z mlaskaniem i później zadowolone powtarzają "ale dzidzi smakowało". 
Ponadto na okolice 6 miesiąca przypada czas, gdy dziecko zaczyna naśladować rodziców i staje się zainteresowane tym, co oni jedzą, a także nabywa zdolności żucia.

I na koniec powiem od siebie: po co się śpieszyć?? Dziecko ma czas by zdążyć spróbować wszystkiego, nie widzę potrzeby by przyspieszać na siłę tego momentu. I choć kiedyś panowało przekonanie, że w przypadku mleka modyfikowanego należy to zrobić szybciej, najnowsze badania temu przeczą. Mleko to jest stale dopracowane i zawiera wszystko, co jest niezbędne dla takiego malucha przez pierwsze 6 miesięcy, także nie ma potrzeby robić tego wcześniej. Dla mnie te powody są wystarczające. Nigdzie się nie śpieszę, tym bardziej że w ten sposób mogłabym jedynie dziecku zaszkodzić, a na pewno nie przyniosło by to żadnych korzyści. Nie oznacza to też, że w dniu, w którym Julka ukończy 6 miesięcy podam jej pierwsze warzywko. Zamierzam czekać na symptomy oznajmiające, że jest gotowa. A czy to będzie tydzień wcześniej czy dwa tygodnie później, zobaczymy. Trzeba zaufać dziecku: jego organizm jest zaprojektowany tak, że na pewno da nam o tym znać ;)

A wy, kiedy rozszerzaliście dietę swoim pociechom? Napiszcie odpowiedzi w komentarzach :)

3 miesiąc

Właśnie dobiegł końca czas nazywany często "czwartym trymestrem ciąży" (jest to okres, w którym noworodek adaptuje się do życia "po drugiej stronie brzucha"). Jesteśmy więc rodzicami dziewczynki w całkiem poważnym już wieku, w końcu te pierwsze (niektórzy twierdzą, że najtrudniejsze) trzy miesiące są za nami. A jak wyglądał ostatni z nich?

Przede wszystkim Julka od jakiegoś czasu trzyma już długo i stabilnie główkę. Uwielbia rozglądać się leżąc na brzuszku, a gdy przewraca się na bok i piszczy to znak, by ją tak położyć. Wciąż pracujemy nad prawidłowym podpieraniu się na przedramionach i łokciach, ale z dnia na dzień widać poprawę.
Jej najnowszym odkryciem, są rączki! Mała z ogromnym zainteresowaniem wciąż je obserwuje, a także wkłada do buzi i intensywnie żuje. Czasem obawiam się zakrztuszenia, ponieważ lądują głęboko w gardle, ale Julcia ma z tego jedynie niezły ubaw. Zaczyna też podejmować pierwsze próby chwytania: coraz częściej wyciąga sobie smoczek z buzi i wymachuje nim na wszystkie strony, a także łapie już podłożoną jej pod rączkę grzechotkę. Jej fascynacja tym, że sama ją trzyma wygląda przekomicznie. Nową, świetną zabawą jest także puszczenie baniek ze śliny (z której, tak na marginesie, mam wrażenie że moje dziecko składa się w połowie).

Ku mojej radości znowu zaczęła sypiać w dzień. Co prawda są to tylko pół godzinne drzemki, jednak w ciągu dniach jest ich na prawdę sporo. Na szczęście noce nic na tym nie straciły, w dalszym ciągu całe przesypiamy. Teraz już wypracowany mamy stały wieczorny rytm: około 21 Julka jest już wykąpana i w piżamce, zmieniamy górne światło na lampkę nocą i nic więcej nie musimy robić, mała się sama usypia w ciągu pół godziny. Nie trzeba jej przed snem nosić, śpiewać, głaskać, za to dalej anektuje (coraz większą) część naszego łóżka. Chyba zapomniała, że jej własne łóżeczko nadaje się także do spania: obecnie ogląda tam karuzelkę, zabawki, wędruje po całym materacu pokładając się w poprzek i do góry nogami, a kiedy jej się znudzi zaczyna krzyczeć, do czasu aż jej się nie weźmie. Ale o spaniu tam można na razie zapomnieć. Może niedługo podejmiemy jakieś próby odkładania jej do łóżeczka, jednak nie wiem czy nie weźmie góry nasze lenistwo. W końcu u nas zasypia sama i budzi się dopiero rano, dzięki czemu i my cieszymy się nieprzerwanym snem. 

Jakiś czas temu chwaliłam się na FB zakupem chusty, jednak muszę przyznać, że do tej pory zamotałyśmy się może ze 4 razy. Julka nie należy do dzieci nieodkładalnych, a wręcz nie jest miłośniczką przebywania na rękach. Chwilę chętnie, ale po dłuższym czasie zaczyna się denerwować, zdecydowanie bardziej woli leżeć sama. Wtedy wystarczy, że leżymy bok niej i z nią rozmawiamy, oraz zabawiamy. A gadułą robi się coraz większą! Gaworzy do nas, do zabawek, żyrandola, telewizora (tak, my źli rodzice, gra nam telewizor przy dziecku), lustra i generalnie wszystkiego co jej się tylko spodoba. Potrafi sama się sobą zająć, wtedy spokojnie mogę poświęcić czas na coś innego, a kiedy jej się znudzi to zaczyna krzyczeć (nie płakać a tak pokrzykiwać), żeby podejść do niej i poświęcić jej uwagę. Więc póki co chusty nie mam potrzeby używać, a i dziecka się za dużo nie nanoszę.
Jula jest coraz bardzo towarzyską śmieszką, a codziennie rano wita nas szeroki uśmiech. Ucina sobie z nami długi debaty, aż czasem mam wrażenie, że opanowała zdania złożone w niemowlęcym języku. I uwielbia śmiać się i gadać do dzidzi w lusterku.

Z informacji mniej przyjemnych, to bankrutujemy zostawiając wszystkie pieniądze u lekarzy. Neurolog stwierdził u Julci wzmożone napięcie mięśniowe oraz asymetrię ułożeniową i niestety czeka nas rehabilitacja. Już pierwszą wizytę mamy za sobą, lekarz pokazał nam jak prawidłowo trzymać, podnosić i zajmować się małą, oraz jak wzmacniać jej słabszą stronę. Mam nadzieję, że poprawa nastąpi jak najszybciej. (Wszystkie osoby zastanawiające się jak wygląda kwestia noszenia dziecka w chuście przy problemach z napięciem mięśniowym, zachęcam serdecznie do przeczytania artykułu na blogu Zamotani  >>klik<<)
Mamy też za sobą pierwsze przeziębienie, tatuś przyniósł jakieś choróbsko i niunię zaraził. Na szczęście po tygodniu z kaszlem i katarem wróciła do zdrowia.

Jeżeli to były właśnie te najtrudniejsze miesiące, to naprawdę nie mam na co narzekać. Już usłyszałam ostatnio, że przy Julci, to nie mam pojęcia co to znaczy i jak to jest mieć dziecko. Może i jest w tym trochę prawdy. Mała jest radosna i pogodna, ładnie śpi, w ogóle nie płacze, nie licząc tej rehabilitacji wszystko jest idealnie. Dziś była ważona i dobiła już do 5,100, więc dalej mamy dziecko wagi piórkowej, ale ważne że przybiera. Tak więc dziewczyna nam rośnie i rozwija się w zastraszającym tempie. Nie wiem kiedy i gdzie mi uciekły te ostatnie 3 miesiące...

Nuk Nature Sense- wspieranie karmienia piersią

Wielu mamom bardzo zależy na karmieniu piersią i ciężko walczą z przeróżnymi przeciwnościami, które spotykają na swej drodze. Także chciałam karmić, jednak wszystko potoczyło się w taki sposób, że przestałam. Jednak o tym opowiem wam innym razem, jeszcze nie jestem na to gotowa.
Tak czy inaczej Julka od jakiegoś czasu je już tylko z butelki. Jednak nie są one tylko dla dzieci karmionych mlekiem sztucznym. Kobiety karmiące piersią często podają w nich własny, odciągnięty pokarm, dzięki czemu mogą na przykład wyjść gdzieś bez dziecka.
Wybór odpowiedniej butelki dla dziecka jest bardzo ważny. Szczególnie dla tych karmiących piersią, które nie chcą by u ich dzieci zanikł odruch ssania. Jednak nawet dzieci karmione wyłącznie butelką bywają wybredne. Moja Julka większość odrzucała, nie pasowały jej kompletnie smoczki i nie chciała z nich pić. Miała swoją ulubioną firmę i żadna inna nie wchodziła w grę. Gdy dostałam zaproszenie do przetestowania najnowszej butelki marki NUK byłam pełna obaw. Do tej pory nie miałam okazji wypróbować żadnego z ich produkty i sama nie wiedziałam czego mam się spodziewać.

Miałyśmy do wyboru butelkę wielkości 150ml oraz 260ml. Zdecydowałyśmy się na mniejszą, dostosowaną do młodszych maluszków. Gdy butelka do nas dotarła najpierw zaskoczyło mnie to, że miała kilka otworów, a nie jeden, tak jak w tej którą używałyśmy do tej pory. Trochę się bałam, że z tego powodu Jula będzie się krztusić mlekiem przy jedzeniu. Zaskoczył mnie także sam kształt smoczka, zupełnie inny niż w butelkach, jakie do tej pory wypróbowałyśmy. Na szczęście o wiele bardziej przypominał ten z butelek, z których moja córa je, niż z tych, które odrzuciła. Postanowiłyśmy więc ją sprawdzić.

Okazało się, że mimo większej ilości otworów Julka nie ma żadnych problemów z jedzeniem, a butelka była szybko opróżniana do dna. Obyło się bez żadnych trudności, a butelka bardzo przypasowała.

Po zapoznaniu się z ulotką dowiedziałam się, że otwory te są wzorowane na kanalikach mlecznych w piersi i zapewniają naturalny wypływ pokarmu. To tłumaczyło dlaczego mała się nie krztusiła mlekiem. Końcówka smoczka jest wyjątkowo miękka, a oparcie dla warg szerokie i bardzo elastyczne, dzięki czemu przypomina pierś i brodawkę sutkową mamy. Dzięki temu butelka Nuk Nature Sense ta wspiera karmienie piersią, a nie je utrudnia i możemy bez obaw zostawić malucha z tatą, by podał w niej mleko :)



Na koniec mam jeszcze jedną świetna wiadomość: wy także możecie ją przetestować!!! Właśnie ruszyło wielkie testowanie i może się do niego zgłosić każda mama. Więcej szczegółów znajdziecie na stronie NUKa, >>TUTAJ<<. Serdecznie do tego zachęcam, niezależenie od waszego sposoby karmienia. Karmicie butelką, ale macie tak wybredne dziecko jak moje? A może karmicie wyłącznie piersią i obawiacie się podać odciągniętego mleka w butelce by nie zaburzyć odruchu ssania? Ta butelka jest właśnie dla was!
U nas sprawdza się rewelacyjnie, do tego stopnia, że planujemy nabyć ich więcej.

Blogosfera Canpol Babies- zgłaszamy się

W zeszłym miesiącu zagapiłam się i zapomniałam o zgłoszeniu do kolejnej edycji Blogosfery Canpol Babies, więc teraz robię to wcześniej. Przede wszystkim zależy mi na zorganizowaniu konkursu, w którym do wygrania będą świetne nagrody. A co to będzie tym razem? Zestawy "Toys"  w skład których wchodzą: dwie butelki (jedna duża, jedna mała), kubek niekapek, smoczek, oraz termoopakowanie na butelki. Wszystko w odcieniach zieleni, dzięki czemu nadaje się zarówno dla chłopców jak i dziewczynek. 

Jeżeli prowadzisz bloga i chcesz zorganizować konkurs, albo przetestować te produkty, to zapraszam do zgłaszania swojego uczestnictwa na stronie >Canpolu<. A jeśli się nie uda, to nic straconego! W następnym miesiącu będzie możliwość wygrania takiego zestawu w konkursie na innych blogach (może nawet na moim), a do zgarnięcia będzie ich aż 20! Zgłoszenia przyjmowane są do końca bieżącego miesiąca, tj. 30 czerwca >>TUTAJ<<.
Życzę wam powodzenia!!

Czy mając jedynaka robimy dziecku krzywdę?

Już gdy byłam w ciąży, kilka razy słyszałam pytania o to, czy chcemy więcej dzieci, oraz dobre rady, by się pośpieszyć z następnym, dla jak najmniejszej różnicy wieku. Spokojnie odpowiadałam, że ciężko mi decydować o następnym, kiedy nawet jeszcze nie wiem, jak to jest z jednym. Po narodzinach Julki liczba takich pytań zwiększyła się kilkukrotnie. Gdy tylko się z kimś widzimy pada w końcu: "I co, planujecie już kolejne?" Nasza odpowiedź jest niezmiennie ta sama: Nie, jedno nam wystarczy. Większość pytających nie drąży dalej tematu, ale są i tacy, którzy natrętnie próbują nam wmówić, że "oj, teraz tak mówicie, poczekajcie trochę i zobaczycie", "jeszcze wam się zmieni", albo mój hit "ale to nie trzeba planować, samo się zrobi". Może jakaś głupia jestem, ale o ile mnie pamięć nie myli, to samo się jednak nie robi...

Ale tak, nie chcemy mieć więcej dzieci. Wiele z was może mnie przekonywać, że to za wcześnie na taką decyzję, że jeszcze zmienię zdanie, że każdy tak mówił zaraz po pierwszym porodzie, a po paru latach tulił gromadkę maluchów. I ja nie będę się z wami kłócić. Oczywiście, może tak się stać. Nie wiem co będzie za parę lat. Jestem świadoma, że wszystko się może się zmienić, jednak nie chcę, aby inni wmawiali mi, że na pewno tak będzie.

Jestem jedynaczką. Mój K. także jest jedynakiem. Moi rodzice często powtarzają, że bardzo żałują, że nie miałam rodzeństwa, ponieważ nie byłabym sama. Na innych blogach możecie wyczytać jakie są zalety posiadania więcej niż jednego dziecka i dla rodziców i dla ich pociech. Ja jednak chcę wam dziś powiedzieć, co jako jedynaczka o tym myślę i dlaczego uważam, że brak rodzeństwa nie jest dla dziecka krzywdzący.

Po pierwsze nigdy nie czułam się samotna. Towarzystwa mi nie brakowało: rodzice mieli znajomych z dziećmi w podobnym wieku, a ja łatwo nawiązywałam przyjaźnie na placach zabaw, wyjazdach czy w przedszkolu. Uwielbiałam towarzystwo rówieśników, ale także osób dorosłych, a ponadto potrafiłam bawić się sama. Nie doskwierało mi to, ani nie przeszkadzało. Wiadomo, dobrze gdy dziecko ma kogoś do zabawy, jednak nie koniecznie musi to być brat czy siostra.
Wśród znajomych i rodziny widziałam wielokrotnie wojny między rodzeństwem: mamoooo, a on mi przeszkadza, mamooo, a ona nie chce mi dać zabawki, a on zabrał, uderzył, popchnął, przezwał, nie chciał się ze mną bawić itd... można długo tak wymieniać. Potem przychodził rodzic rozwiązać problem. I co? I często sprawa była rozpatrzona niesprawiedliwie, bo jedno jest najstarsze, inne najmłodsze, albo jest chłopcem czy dziewczynką. Tak, wiem, że to nie jest nagminne i że obecnie rodzice starają się sprawiedliwie wszystkim tłumaczyć, ale domyślam się, że to musi być niesamowicie trudne kiedy słyszysz"mamooooo" 236 raz w ciągu jednego dnia. I tej biednej matce nerwy puszczają, nie ma już siły kolejny raz wyjaśniać i idzie na łatwiznę: odpuść młodszemu, odpuść dziewczynce itp.
Powiem wam co usłyszałam niedawno od aż kilku (!!!) matek mających więcej niż jedno dziecko. Powiedziały, że mitem jest to, że dzieci się kocha po równo. Aż nie mogłam w to uwierzyć! Przecież każdy zapewnia, że miłość do dzieci się mnoży, a nie dzieli i że dzieci się kocha jednakowo. Jednak kilka z nich przyznało, że choć z tym usilnie walczyły, mają swojego ulubieńca. Szerze wam wyznam, że mnie to przeraziło. Nie wyobrażam sobie tego, że mogłabym woleć kogoś od Julki, albo że moje potencjalne drugie dziecko byłoby mniej kochane od pierwszego... Pewnie większość z was mających dwójkę lub trójkę dzieci zapewni mnie, że kocha je po równo i się jednak da. Wierzę wam, ale i tak się boję. Boję się, że przy następnym dziecku, każde z nich coś straci
. Julcia przestanie być oczkiem w głowie, mającym moją 100procentową, niepodzielną uwagę. A młodsze w przeciwieństwie do niej, w okresie niemowlęcym nie będzie miało mnie na wyłączność. Niby to dla dzieci zdrowe, niby nie są później rozpieszczone, ale na chwilę obecną widzę to jako krzywdę dla nich. 
Czytam blogi wielu matek, którym właśnie rodzi się druga pociecha. Czytam o ich rozterkach, problemach i trudnościach jakie je spotykają. O wyrzutach sumienia, że nie maja tyle czasu dla każdego dziecka z osobna ile by chciały. Czytam o buntach i zazdrości wśród starszaków, o płaczach, krzykach i histeriach, byle tylko zwrócić na siebie uwagę.  O takich co piszą listy pożegnalne do rodziców, w których przepraszają, że chcą uciec z domu, ale nienawidzą swojego rodzeństwa.  Przy każdej takiej opowieści serce mi się rozrywa na pół, nie wyobrażam sobie co muszą przeżywać te matki i nie chcę się o tym przekonywać na własnej skórze. 
A co z tym rozpieszczaniem? Przyznam, że nie widzę nic złego w rozpieszczaniu własnych dzieci, pod warunkiem, że zachowujemy przy tym umiar i rozsądek. Nie musi od razu być rozpuszczone jak dziadowski bicz, a po prostu kochane. To zależy od nas, rodziców, i od naszego sposobu wychowania. Ja byłam rozpieszczanym oczkiem w głowie tatusia, ale często wyciągano wobec mnie surowe konsekwencje, musiałam się stosować do wielu zasad, dzięki czemu miałam dużo pokory. Od najmniejszego uczono mnie dzielenia się z innymi. Zauważyłam, że dzięki temu, że w domu nie musiałam z nikim rywalizować, często przychodziło mi to o wiele łatwiej niż osobom z rodzeństwem. Byłam nauczona współpracy, a nie rywalizacji. W domu nikt mi nic nie zabierał, nie musiałam walczyć o swoje, więc później o wiele łatwiej było mi się pogodzić z tym, że mam się podzielić z kimś. Tego samego chciałabym nauczyć swoją córkę. 
Nasza decyzja ma także pewną egoistyczną przyczynę. Uważam, że ciąża, poród, pierwsze wspólne dni, oraz cały okres niemowlęcy są niesamowite wyjątkowe i cieszę się, że mogłam je przeżyć, jednak nie chciałabym tego robić ponownie. Każda matką wie, że ciąża wcale nie jest łatwym okresem. Teraz ominęły mnie wymioty, opuchnięte nogi i rozstępy, ale kto wie czy za drugim razem miałabym tyle samo szczęścia (nie mowiąc o piersiach które pewnie bym sobie mogła po tym zarzucić na szyję jako szalik). Procz tego za pierwszym razem nawet nie przeszło mi przez myśl, że cokolwiek może pójść nie tak. Że mogłabym poronić, albo że dziecko mogło by być chore. Dopiero będąc w ciąży na każdym kroku słyszałam o wszelkich problemach z donoszeniem, powikłaniach, a w końcu sama trafiłam na patologię ciąży i miałam wywoływany poród zdałam sobie sprawę, że to dotyczy także mnie. Za bardzo bym się bała, że po raz kolejny usłyszę: dziecko nie rozwija się, jest zagrożenie dla zdrowia życia, może dojść do uszkodzenia mózgu, albo coś jeszcze gorszego. Bałabym się, że pół ciąży spędzę leżąc w domu, albo co gorsza w szpitalu. Co wtedy byłoby z Julką? Nawet nie chcę o tym myśleć... Cieszę się, że tym razem wszystko było dobrze, jednak nie chciałabym znowu ryzykować.

Tak wygląda ta kwestia okiem jedynaczki i K. tutaj całkowicie się ze mną zgadza. Wiem, że wiele osób może mieć odmienne zdanie: część z nich bardzo ceni sobie rodzeństwo, które posiadała, a inni byli samotnymi jedynakami. Jednak uważam, że w znacznym stopniu to zależy właśnie od rodziców i od tego, jak wychowają dziecko. 

A wy? Macie rodzeństwo?
 Jak wygląda ta sprawa z waszej perspektywy, jako siostry, brata, jedynaka lub rodzica?
 Opowiedzcie mi w komentarzach :)

Arrrr! - Testowanie karuzelki 'Piraci'

Muszę wam wyznać, że ostatnio mam bardzo ciężki okres. Trudno mi się z czymkolwiek ogarnąć, wszystko wokół mnie się pali i wali, a dziś to już mam pełen hardcore. Normalnie w tej sytuacji odłożyłabym dzisiejszy wpis na jutro (po raz kolejny, ponieważ już od kilku dni się za to zabieram), jednak nie będę miała na razie narzędzia do pracy, potocznie zwanego laptopem.... Ciężko mi znaleźć wolną chwilę, na nic nie mam czasu i to nawet nie dlatego, że mam wymagające dziecko. Pod tym względem Julcia jest cudowna, potrafi się sama sobą zająć, dzięki czemu łatwo mi znaleźć chwilę na inne obowiązki. Niestety natłok spraw i problemów mnie ostatnio totalnie przytłoczył. Ale nie o tym miałam pisać. Przejdę więc do tematu i mam nadzieję, że wybaczycie moje roztargnienie.

Dostałyśmy się w czasie ostatniej edycji Blogosfery Canpol Babies do testowania ich karuzelki elektrycznej z kolekcji "Piraci".
Przyznam się wam, że już mieliśmy na stanie jedną karuzelę i to taką z projektorem wyświetlającym kolorowe gwiazdki na suficie. Mi i mojemu K. bardzo się ona podobała: piękne żywe kolory, projektor i ogólnie jej design bardzo przypadły nam do gustu. Szkoda tylko, że Julka nie podzielała naszego entuzjazmu. Uspokajały ją melodyjki, ale samą karuzelką była kompletnie nie zainteresowana. Postanowiliśmy więc zobaczyć, jak sprawdzi się ta, którą teraz dostaliśmy.
Okazało się, że nasza mała królewna ma aspiracje do zostania prawdziwym piratem! Potrafi zająć się swoją nową zabawką przez ponad pół godziny, a nawet kilka razy przyłapałam ją na śmianiu się do niej i poważnych dyskusjach. Myślę, że przykuwa uwagę Juli ze względu na swoje wyraziste, kontrastowe kolory. Dominują paski: biało-czarne, oraz biało-czerwone, oraz niebieskie akcenty. Zabawki są bardzo duże, przez co łatwo przyciągają wzrok dziecka. Prócz tego są one odczepiane, lekkie i posiadają grzechotki oraz piszczałki, dzięki czemu, gdy już Julka nauczy się chwytać, będą mogły służyć jej do zabawy. Wykonane są z przyjemnego i co najważniejsze bezpiecznego dla dziecka pluszu, dzięki czemu nie musimy się obawiać tego, że w końcu wylądują z buzi naszej pociechy. Ponadto karuzela wyposażona jest w lusterko (nie wiem jak wasze dzieci, ale Julka uwielbia wszelkie lustra), oraz pozytywkę wygrywającą 12 przyjemnych melodyjek. Niestety już zdążyły nam się wyczerpać baterie, ponieważ przez prawie całe dnie grała, no i okazała się być przydatna przy wyciszaniu się i usypianiu.

Tak więc karuzelka ta okazała się być u nas totalnym hitem! Młoda jest w nią wpatrzona nieustannie i zakochana. Obserwuje ją z przewijaka i prowadzi długie dyskusje leżąc w łóżeczku. No i sam fakt, że jedynie ona jest w stanie sprawić, że moje dziecko nie drze się w chwili odłożenia do łóżeczka (tak, ostatnio zaczęło ją chyba parzyć w dupkę). Tak więc mogę szczerze ją polecić każdemu rodzicowi, który planuje zakup karuzeli i rozgląda się za odpowiednim modelem. Zwłaszcza w przypadku mniejszych dzieci. U nas robi furorę, w przeciwieństwie do tej, którą pieczołowicie wybraliśmy najpierw.



Recent Posts