czwartek, 23 marca 2017

Preindukcja, czyli poród na raty [CZĘŚĆ DRUGA]

Czas na drugą część naszych szpitalnych przygód. Kto nie czytał pierwszej części historii zapraszam do zapoznania się z nią >TUTAJ<. Skończyłam na chwili, gdy podjęto decyzję o wywołaniu porodu i właśnie o tym tu opowiem.

Preindukcja
Na konkrety musiałam czekać do następnego dnia. Nie miałam pojęcia kiedy będą mi wywoływać poród, ani na czym dokładnie to polega. Trochę czytałam o tym w internecie, jednak te informacje w żaden sposób nie przygotowały mnie, na to, co mnie czekało.
Nazajutrz zaproszono mnie na badanie na najmniej wygodnym fotelu świata, aby sprawdzić stan mojej szyjki (w dodatku pan ordynator fundował pacjentkom najbardziej bolesne badanie ginekologiczne w życiu, wszystkie byłyśmy na ten temat zgodne). Niestety, okazało się, że jest długa, twarda i zupełnie nie gotowa do porodu. Trzeba było więc ją przygotować. Powiedzieli, że założą mi cewnik i odesłali na sale, gdzie miałam czekać, aż ktoś mnie wezwie. Słowo "cewnik" nie kojarzyło mi się dobrze i trochę mnie przestraszyło, wcześniej spotkałam się tylko z określeniem "balonik", które wydawało mi się o wiele bardziej przyjazne.

Czym jest sama preindukcja? "(...)to farmakologiczne lub mechaniczne działanie, mające na celu przyspieszenie zmiękczania, dojrzewania szyjki macicy. (...) Do preindukcji coraz częściej w Polsce stosuje się także dość popularny na Zachodzie cewnik Foleya (zwyczajowo stosowany do udrożniania pęcherza, przypomina rurkę zakończoną balonikiem). Warunkiem koniecznym do zastosowania tej metody podczas porodu jest rozwarcie kanału szyjki co najmniej na grubość cewnika (najlepiej ok. 1 cm.) Wypełniony solą fizjologiczną balonik pozwala mechanicznie rozwierać szyjkę, zarazem zachęcając organizm do uwolnienia naturalnych prostaglandyn." (www.mjakmama24.pl)

Wracając do opowieści, chwilę potem wezwano mnie znowu do zabiegowego. Udałam się tam razem z sąsiadką z mojej sali, którą też czekało założenie cewnika (tylko w jej przypadku było już 7 dni po terminie). Poszłam pierwsza. Najpierw doktor uprzejmie wyjaśniła mi na czym to wszystko będzie polegać. Dowiedziałam się, że jest niewielka szansa na to, że sam 'balonik' zacznie akcję porodową, zazwyczaj wyciąga się go dopiero następnego dnia i wtedy przechodzi już do właściwej indukcji. Podpisałam wszystkie zgody i oświadczenia i zapytałam czy będzie bolało (serio, to było jedno z moich ważniejszych zmartwień w tamtym momencie). Odpowiedź, że nie bardziej niż badanie ginekologiczne była bardzo satysfakcjonująca. I faktycznie, najmniej przyjemne było samo włożenie wziernika, a 'montowaniu' cewnika towarzyszyło jedynie uczucie podobne do tego w czasie miesiączki. 
Cewnik założono mi koło 9, a potem podłączyli mnie pod KTG. Po jakiś dwóch godzinach zaczęłam czuć narastający ból, który pojawiał się i po jakimś czasie ustępował. Z początku przypominał bardzo bolesny okres, a później ból dokuczał w okolicy krzyża i pojawiły się pierwsze, nieregularne skurcze. Koleżanka z sali miała podobne objawy. Przez kolejną godzinę obie chodziłyśmy w kółko, aby skurcze były mniej bolesne. Z biegiem czasu moje nasilały się, a sąsiadki zmalały. Zaczęły występować w regularnych i coraz krótszych odstępach czasu, a ból wydawał mi się już wtedy trudny do zniesienia (och, ja naiwna, głupia i tak cudownie nieświadoma). Zgłosiłam to pielęgniarkom, a one przekazały odpowiednią informację lekarzowi. Podpięli mnie znów pod KTG, na którym już pisały się skurcze. Około godziny 14 pani doktor zaprosiła mnie ponownie do gabinetu zabiegowego, posadziła na fotelu i zbadała. I tutaj, ku zdziwieniu wszystkich wokół okazało się, że cewnik mi wypadł. To oznaczało, że spełnił swoją funkcję, zrobił już tyle rozwarcia ile mógł (podobno na luźne 3 palce), szyjka była już miękka, skrócona, skurcze regularne.

"-Zaczyna pani rodzić."
Te słowa z szerokim uśmiechem przekazała mi pani doktor. Usunęła mi cewnik, wielokrotnie powtarzając, że coś takiego to niecodzienny widok i jak to bardzo rzadko zdarza się, by już sama preindukcja rozpoczęła akcję porodową. I to w przeciągu zaledwie 5 godzin! Z gabinetu wyszłam w całkowitym szoku i natychmiast napisałam do mojego K., że podobno zaczynam już rodzić i żeby przyjeżdżał. Zanim to zrobił dotarła jego mama, towarzyszyć mi, abym sama nie była. Po wyjęciu cewnika skurcze się chwilowo wyciszyły, aby po chwili znowu zacząć się rozkręcać. Trwało to kolejne 2 godziny, a ja dzielnie mierzyłam sobie skurcze za pomocą aplikacji Pora na Bobasa. Około 16 wykonano mi kolejne badanie ginekologiczne i podjęto decyzję o zabraniu mnie na porodówkę.
Tam ponownie podłączono mnie pod zapis KTG i wykonano badanie. "-3 palce, ale widzę że to potrwa jeszcze przynajmniej kilka godzin" Zawyrokowała położna o niezbyt miłym usposobieniu (i moim zdaniem nawet wyglądała strasznie i mało przyjaźnie). K. dowiadując się, że czekają nas długie godziny dalszego czekania pojechał jeszcze na chwilę do pracy i zostawił mnie pod opieką swojej mamy.
Około godziny 18 skurcze zaczęły się wyciszać...

Poród odwołany.
Ku mojej rozpaczy wyciszające się skurcze ustąpiły zupełnie. Większość czasu leżałam pod zapisem, który to potwierdzał, czasem pozwalali mi pochodzić i się poruszać, z nadzieją że to znowu rozkręci akcję porodową. Cała moja rodzina czekała w panice na rozwój sytuacji i następne informacje, a także moja przyjaciółka, która postanowiła tego dnia mnie odwiedzić, a dowiedziała się, że zabrali mnie już na porodówkę. Tymczasem poród się zatrzymał, a czas dłużył mi się niemiłosiernie. Jeszcze-nie-teściowa zabawiała mnie rozmową i opowieściami, jednak ja czułam się jakby ktoś mi zabrał lizaka. Byłam zła i rozczarowana. Tyle godzin bólu, skurczy, alarm wszczęty, a tu dupa, za przeproszeniem. Co jakiś czas zaglądała położna sprawdzić czy coś się ruszyło czy nie, a około godziny 21 przyszedł do mnie lekarz z nocnego dyżuru. Ocenił, że rozwarcie mam, szyjka jest gotowa do porodu, ale skoro nie ma skurczy już od prawie trzech godzin, to trzeba mnie odwieźć na patologię ciąży. Stwierdził, że nie ma sensu wywoływać porodu na nocnej zmianie, lepiej poczekać do jutra, aż przyjdzie ordynator i podejmie decyzje, tym bardziej, że jestem jeszcze przed terminem. Wyraźnie też było widać, że temu lekarzowi się po prostu nie chciało 'bawić w takie rzeczy' w nocy. Moja przyszła teściowa została wyproszona, a ja dostałam informację, że na oddziale wszystkie łóżka są już zajęte, więc muszę zostać na porodówce na noc... Wyobrażacie sobie spać na tym fotelu?! Masakra. Już od leżenia na nim wszystko mnie bolało.
Dostałam późnią kolację (od śniadania nic nie jadłam), zalecenie by następnego dnia być na czczo i ponownie podłączono mi zapis KTG. A ja poinformowałam rodzinę o zmianie terminu porodu, bo córa mi w połowie zdanie zmieniła.
Pod zapisem leżałam mniej więcej do północy. Próbowałam czytać, jednak od leżenia w tej samej pozycji wszystko już mnie tak bolało, że zbierały mi się łzy w oczach. Marzyłam, by ktoś odłączył ode mnie to cholerstwo i dał mi pójść spać. Byłam wściekła i rozczarowana. Miałam poczucie straconego czasu i że te wszystkie bolesne godziny skurczy poszły na marne. Co więcej wiedziałam, że jutro czeka mnie to wszystko od początku, a w dodatku będzie już tylko gorzej. Zaczęło mi się klarować mgliste wciąż pojęcie, czego mogę się spodziewać. Pojawił się też strach. Już wtedy bolało, co więc będzie jutro?!
Około północy zwolniło się łóżko na patologii ciąży i tam mnie odesłano. Szybki prysznic, łóżko i świadomość tego, co ma się jutro wydarzyć...

Z racji tego, że trochę się rozpisałam, a także ze względu na to, że miałam poród w odcinkach, podzielony na dwa dni, postanowiłam rozdzielić to na dwa wpisy. Tym sposobem o właściwym porodzie dowiecie się dopiero w >>CZĘŚCI TRZECIEJ<<

17 komentarzy :

  1. Niesamowita historia...czytałam ją pełna emocji...
    Ehhh, przerażające jest to wszystko, choć to tak podniosła chwila...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też czułabym żal, rozczarowanie i jednocześnie wściekłość, gdyby tyle godzin bólu poszło na marne... Ciekawa jestem, jak to się wszystko dalej potoczyło!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na trzecią część bo ten wpis jest wspaniały

    OdpowiedzUsuń
  4. Musiał być to dla Ciebie na pewno duży stres. Mnie wywoływano skurcze, ponieważ odeszły mi wody, a po 12 godzinach skurcze same się nie pojawiły. Od odejścia wód do urodzenia synka minęły całe 42 godziny! Nie wspominam tego raczej pozytywnie, niestety.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiem co czułaś "śpiąc" na tym fotelu. Z braku miejsc na oddziale ja też doświadczyłam tej przyjemności ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam na kolejną część. Niby poród, a napisałaś to bardzo wciągająco, serio. :-) Niech zgadnę, skończyło się na cc? Im więcej kombinują, tym częściej tak się kończy. Widzę, że jesteś z Warszawy, a gdy słyszę balonik i CF to wiem, że taką technikę stosują w MSWiA, a także na Bielanach. Leżałam w obu szpitalach. W obu czułam się paskudnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodziłam na inflanckiej :) generalnie było w porządku jak na szpital. No to zapraszam na następną cześć, już zaczęłam ją pisać ;)

      Usuń
  7. O przeżyłas swoje ja poród wspominam jak miłe zakonczenie horroru przeleżałam 3 miesace w szpitalu wie 2 h to był pikuś

    OdpowiedzUsuń
  8. Współczuję Ci bardzo. Mój poród był szybki, bo trwał 4h. Oksytocyna załatwiła sprawę, jednak kilka moich koleżanek się męczyło tak jak Ty i nie było to nic przyjemnego.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie zazdroszczę tych atrakcji porodowych... przerwanie akcji porodowej to chyba jedna z gorszych rzeczy w macierzyństwie...

    OdpowiedzUsuń
  10. Każdy poród jest inny, bywają ekspresowe i łatwe, bywają stresujące jak Twój czy mój. Rodziłam 40 h i zakończyłam cc :( Było cieżko, ale zawsze byłam do wszystkiego w życiu pozytywnie nastawiona i moze ci dodam otuchy, moze nie, ale wierzę, że porod to cos k czym zapominamy a dziecko zostaje z nami na całe zycie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie mogę doczekać się części trzeciej. Chłopiec czy dziewczynka?

    OdpowiedzUsuń
  12. Doskonale wiem, co to znaczy długo trwające skurcze, bo u mnie regularne skurcze zaczęły się o 23 w piątek, a urodziłam dopiero o 15:50 dnia następnego. Tylko, że u mnie się nie skończyły, więc nie miałam dłuższej przerwy, a po kilkunastu godzinach, to już zmęczenie wzięło górę i przysypiałam na 30 sekund między skurczami.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nieprzyjemnie to czytać trochę :/ Jako kobieta nie potrafię sobie tego wyobrazić :( Dla mnie już sam poród to olbrzymie wyzwanie... W każdym razie czekam na trzecią część! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tez czułam rozczarowanie, gdy zaczęło się szybko, a potem przenieśli mnie na salę przed porodową. Jak pojechała mama z mężem do domu się przebrać i coś zjeść bo to już wieczorem było, to wzięło mnie tak, że bałam się wstać.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Recent Posts

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.